Więcej miejsca, więcej chaosu, więcej komfortu – test Tordis II Ultra Light

Są tacy, którzy wybierają ultralekką jedynkę, żeby oszczędzić każdy gram w plecaku czy na rowerze. Są też tacy, którzy wolą trochę większy ciężar w zamian za przestrzeń i komfort biwakowania. Damian Ochtabiński należy do tej drugiej grupy i w swojej recenzji opowiada o doświadczeniach z namiotem Tordis II Ultra Light. To szczera, osobista relacja – z perspektywy rowerzysty i turysty, który sprawdził, jak sprzęt radzi sobie w praktyce: od organizacji wnętrza, przez wygodę rozstawiania, aż po stabilność w trudnych warunkach.

 

Czy śpię sam w dwójce i przez to noszę cięższy namiot, zamiast wziąć lżejszą jedynkę?

Tak, jestem w stanie przyjąć trochę więcej gramów na plecy czy ramę roweru za większą przestrzeń na biwaku, a zarazem większy komfort. Mogę rozwalić w środku wszystkie moje rzeczy i wciąż tam będzie miejsce, by spać. Przedstawiam Ci Tordis II Ultra Light.Tak, jestem z tych, którzy najlepiej funkcjonują w chaosie. Jednak mimo to ten chaos da się w środku Tordisa nader dobrze kontrolować. W środku jest dużo kieszonek na ścianach sypialni, dokładnie cztery. Można do nich wrzucić chyba wszystko — ja tam wsadziłem książkę, powerbanka, jakieś inne drobne rzeczy — i wszystko było na swoim miejscu. Udźwigną wiele.

Chaos bytowania pozwala opanować też siatko-podwieszka w szczytowej części sypialni, gdzie idzie wrzucić czapkę, okulary czy położyć czołówkę, by oświetlała wnętrze namiotu. Oczywiście zdarza się, że przeładowana będzie wisieć nisko — wtedy, siadając, walę głową o rzeczy tam zgromadzone i wszystko, co tam włożyłem, wraca do chaotycznej, lubianej przeze mnie formy na podłodze namiotu 😉 A jeżeli już o podłodze, to jest mocna, daje poczucie, że łatwo tego nie da się uszkodzić. Moskitiera sypialni zaczyna się na takiej wysokości, że namiot w trakcie dużego wiatru nie generuje w środku przeciągu. Jak chcę przeciąg, to sobie coś otworzę, ale ogólnie to chcę spać bez przeszywającego mnie wiatru, co zdarzało mi się w innych ultralekkich jedynkach, gdzie moskitiery było tak dużo — tak, wiem, walczymy z wagą — że zwyczajnie wiatr potrafił wdzierać się do środka jak szalony.

W samej sypialni miejsca ogrom dla mnie samego, a że jest to dwójka, to oczywistym jest, że druga osoba też ma wystarczająco dużo miejsca. Ale przy dwóch osobach z pomocą przybywają oczywiście przedsionki.A mamy ich tutaj dwa — i to ogromne! Mieści się tam wszystko, czego nie potrzebuję w namiocie: sakwy rowerowe (czasem wypełnione), plecak, wielki 18-litrowy worek z kierownicy roweru, kuchenka, zgrzewka wody. Masa rzeczy, a ja dopiero ledwo wypełniłem jeden przedsionek. Zatem drugi służy wyłącznie jako wygodna strefa wchodzenia/wychodzenia, zostawiania butów czy przesiadywania na skraju sypialni, będąc wciąż chronionym przed wiatrem jedną ścianą naciągniętego przedsionka. 

A jak już przy naciąganiu ścian przedsionka, to ma jedną fajną rzecz — malutką, dość prozaiczną, chociaż w innych moich namiotach czegoś takiego nie mam — a jest to naciąg! Wbijasz najpierw śledzia, zakładasz długi sznurek naciągu przedsionka nań i cyk — pół ściany naciągnięte. Luzujesz naciąg, zamykasz namiot, cyk! Naciągasz! I wszystko napięte jak plandeka na żuku. Takie proste, a jakie genialne. A same śledzie w zestawie to nie te z plasteliny, tylko takie, które naprawdę dają radę. Wychodzimy powoli z namiotu, więc trochę o wentylacji, bo jest ona na opisywanych ścianach przedsionka. Dwa okienka, po jednym na przedsionek, umieszczone na jego szczytowej części. Szczerze? Wolę, jak jest to zrobione gdzieś indziej. Ów „wentylatory” potrafią trochę przeszkadzać podczas zwijania ściany przedsionka. Sterczy tam ten usztywniacz na rzepach, ale nie chce mi się go co chwila odczepiać — tak, lenistwo — więc dynda to nieznośnie na wysokości głowy, oczu, czoła i irytuje. Przynajmniej mnie. No ale to wentylacja — być musi.

Dobra, wychodzimy! Cały namiot wieszamy na stelażu zewnętrznym. Ma to swoje plusy, jak i minusy, zależnie jak pogoda rozda karty. Bo gdy pada mocny deszcz, zewnętrzny stelaż pozwoli nam uchronić sypialnię od wody. W przypadku, gdzie na stelaż kładzie się tropik, wpierw stawia się sypialnię, którą skutecznie zaleje deszcz — no chyba, że robimy to naprawdę szybko. Stelaż jest jednym zespolonym systemem rurek. Do jego czterech końców wsadzamy podłogę namiotu, w której — nie zgadniecie! — też są naciągi. Wsadzasz rurki w odpowiednie oczka, potem całość po kolei naciągasz i stoi! Wspominałem już o plandece żuka? Konstrukcja naprawdę stoi solidnie i jest samonośna. Na Podhalu nawiedził mnie halny i nawet przez ułamek sekundy nie przeszło mi przez głowę, że coś może się stać. A zaznaczę, że w ogóle nie użyłem naciągów linkowych, wyłącznie śledzi przy podłodze i tych od przedsionka.”

Cały namiot pakuje się do wygodnego worka w zestawie. Stelaż i śledzie mają oczywiście swoje oddzielne woreczki. Całość kompresuje się do naprawdę zadowalających rozmiarów. Podsumowując: wygoda rozstawiania, dość lekki jak na dwójkę, ogrom miejsca, bardzo stabilna konstrukcja, świetna organizacja przestrzeni. Idealnie pakowny w sakwy rowerowe, torby na kierownicę czy do plecaka. Przed nami wiele przygód!

  • search